<< Dzień czwarty | Spis treści | Dzień szósty >>

05.07.2006, Odessa

O 05:45 dotarliśmy do Odessy. Przywitała nas śliczna pogoda i dość ładny dworzec. Udaliśmy się do kas w celu zakupu biletu do Symferopola. W pierwszej kasie pani nawet nie sprawdzając oświadczyła, ze biletów nie ma. W kolejnej okazało się, że bilety jednak są. Niestety tylko plackarta. Przy takich okolicznościach przyrody, dobra i plackarta. Kupiliśmy bilety. Na szczęście nie były drogie, bo tylko 80 UAH za nas oboje. Później zauważyliśmy, że mamy bardzo różne numery miejsc, czyli dokładnie na dwóch końcach wagonu.

Wyszliśmy z dworca i ruszyliśmy na poszukiwanie knajpy. Przed 7 rano wszystkie były zamknięte. Zamknięte były też lokalne toalety, więc musiałam udać się w krzaki. Około 9 znaleźliśmy knajpę, gdzie dali nam pyszne śniadanko - ja sałatkę z kawą, Miłosz jajecznicę, tosty i smażone filety z ryby. Pyszne, ale drogo. Później zrobiliśmy sobie odpoczynek w parku Szewczenki (raczej nie tego piłkarza). Na karimatach pod drzewem było całkiem chłodno mimo upału. Później poszliśmy na plażę, gdzie znajduje się również delfinarium. Pokaz już trwał od 30 minut, więc nie wchodziliśmy. Delfinki pozdrawiały nas swoim charakterystycznym nawoływaniem. Pierwszy raz podczas tej wyprawy zmoczyliśmy się w morzu. Woda była cieplutka i czysta. Natomiast plaża to betonowy blok.

Z plaży ruszyliśmy w poszukiwaniu knajpy na obiad. Ceny odstraszały i dopiero w trzeciej knajpie pizza była w miare przystępna. Nawet udało mi się zamówić po angielsku. Kelnerka z nauką języka nie nauczyła się dobrych manier. Żeby zamówić musiałam się prosić. Udało się dopiero za trzecim razem.

Po obiedzie dokończyliśmy zwiedzanie miasta, które jest kurortem wypoczynkowym. Jest tu ładny teatr i kilka pałacyków, które są w dużej części remontowane. Głównym punktem programu zwiedzania miasta były Schody Potiomkinowskie. Ponoć budowano je przez 10 lat! Rzeczywiście były duże i robiły wrażenie, ale żeby budować je 10 lat, to lekka przesada.

Jeszcze zakup prowiantu i ruszamy zdobywać pociąg. Mieliśmy ponad godzinę i chcieliśmy ten czas przeczekać. A tu niespodzianka - poczekalnia jest płatna 4 UAH. Chcieliśmy zapytać, z którego peronu odjeżdża pociąg. Informacja również była płatna, więc postanowiliśmy sami go odszukać. Udało się i w końcu dostaliśmy się do plackarty. Tu mała uwaga dla tych, którzy wierzą bezgranicznie przewodnikom. Plackarta tłumaczona jest jako kuszetka, a to jest sypialny western. Ukraiński odpowiednik polskiej kuszetki to wagon kupiejny. W pociągu jest duszno, za to w łazience jest darmowy prysznic - coś kapie z sufitu. Nie udało nam się z nikim zamienić, więc będziemy spać na przeciwległych końcach wagonu.

Basia

<< Dzień czwarty | Spis treści | Dzień szósty >>